Kiedy profesor Piotr Michałowski wchodził do sali 303, nikt nie spodziewał się, że te dwie godziny zmienią naszą definicję poezji. Zazwyczaj lekcje z interpretacji są żmudnym i nudnym doszukiwaniem się tego, co autor miał na myśli; tym razem było inaczej. Profesor wyświetlił temat „Jak intepretować wiersz” i – zamiast zacząć od definicji – spojrzał na nas i zapytał:
- Myślicie, że wiersz ma jeden ukryty sens, prawda? Klucz, który muszę wam podać?
W sali zapadła cisza.
- Otóż nie – kontynuował, gestykulując żywo. - Wiersz to nie jest sejf z szyfrem.
To jest, moi drodzy, zaproszenie do tańca.
I wtedy zaczęła się ta prawdziwa magia, którą nazywa się interpretacją. To nie była szkolna analiza, gdzie szukamy metafor, byle dostać ocenę. Profesor Michałowski uczył nas czytać wiersz w sobie. Przekonywał nas, że interpretacja to dialog. Że wiersz jest jak lustro – pokazuje nam to, co sami nosimy w głowie. Opowiadał anegdoty o tym, jak ten sam utwór pewnego autora interpretowano na kilka różnych sposobów w ciągu jednego dnia i każdy z nich był prawdziwy.
Kiedy wykład dobiegał końca, nikt nie patrzył na zegarek. Profesor zgasił tablicę
i powiedział zdanie, które zapamiętamy na długo: „Interpretujcie wiersze, ale nie zabijajcie ich analizą pod klucz. Jeśli wiersz w was uderzy, to znaczy, że zrobił swoje”.
Wyszliśmy z sali inni. Okazało się, że wiersz, który rano wydawał się nudną szkolną lekturą, po południu może stać się pretekstem do rozmowy o życiu. Bo, jak powiedział profesor, "poezja to nie zagadka, to doświadczenie".
Tekst: p. Hanna Śmielińska